Info
Miasto:
Jaworzno
Przejechane:
21572.57
W tym w terenie: 2495.99 km
Prędkość średnia: 20.56 km/h
Najwięcej | Najszybciej | Najwyżej |
Van - strona główna
BS - strona główna
Więcej o mnie

Rok 2009:

Rok 2008:

Archiwum bloga
- 2010, Sierpień24 - 85
- 2010, Lipiec28 - 273
- 2010, Czerwiec10 - 114
- 2010, Maj10 - 101
- 2010, Kwiecień11 - 68
- 2010, Marzec7 - 74
- 2010, Luty8 - 102
- 2010, Styczeń2 - 51
- 2009, Grudzień8 - 75
- 2009, Listopad7 - 100
- 2009, Październik3 - 37
- 2009, Wrzesień14 - 144
- 2009, Sierpień14 - 124
- 2009, Lipiec14 - 80
- 2009, Czerwiec24 - 119
- 2009, Maj16 - 102
- 2009, Kwiecień22 - 219
- 2009, Marzec7 - 90
- 2009, Luty4 - 69
- 2009, Styczeń3 - 60
- 2008, Grudzień9 - 194
- 2008, Listopad9 - 145
- 2008, Październik13 - 188
- 2008, Wrzesień7 - 68
- 2008, Sierpień22 - 134
- 2008, Lipiec24 - 252
- 2008, Czerwiec27 - 347
- 2008, Maj20 - 416
- 2008, Kwiecień16 - 234
- 2008, Marzec15 - 323
- 2008, Luty19 - 266
- 2008, Styczeń13 - 114
- 2007, Grudzień12 - 58
- 2007, Listopad11 - 34
- 2007, Październik1 - 0
- 2007, Wrzesień1 - 0
- 2007, Sierpień3 - 4
- 2007, Lipiec14 - 3
- 2007, Kwiecień1 - 6
Warto zajrzeć:
algra7
jahoo81
kosma100
niradhara
pollena2000
azbest87
blase
boapower
dariusz79
djk71
dmk77
flash
galen
hose
jpbike
kajman
maciek320
marcus075
matek
mavic
michros
młynarz
qrt30
rafaello
robin
robod
sebekfireman
stasimon
tobek
jaworznianin.pl
Stodolnia.pl Wyślij drinka!
Wykres roczny
Wybrane ciekawsze wyjazdy:

Grecja 2009

Góry 2009

Dookoła Polski

Dookoła Tatr

Pieniny 2008

Krakowsko-Częstochowska trzysetka
A ponadto:
Dane wyjazdu:
175.24 km
0.00 km teren
08:15 h
21.24 km/h
T: 26.0 C V-max: 62.00 km/hPiątek, 20 sierpnia 2010 | Komentarze 12
I stało się, nadszedł koniec wyprawy i koniec miesięcznego wyjazdu. Ciężko opisać w paru zdaniach ile przeżyliśmy przygód, ilu spotkaliśmy ludzi i ile razy zdobywaliśmy różne przełęcze.Relacja z każdego dnia wraz z obfitą porcją zdjęć zacznie się tworzyć już dzisiaj, ale jeszcze dużo czasu upłynie zanim powstanie cała. Zdjęcia trzeba wyselekcjonować, wykadrować i załadować, opisy trzeba stworzyć na podstawie notatek skrzętnie pisanych wieczorami w namiocie. Dla ciekawych dystansów dziennych, jeszcze dziś wstawię każdy dzień.
RELACJA Z WYPRAWY:
Dzień 1 - Początek
Dzień 2 - Krasna Słowacja
Dzień 3 - Stara cesta
Dzień 4 - Dwie stolice
Dzień 5 - Wujek Petko
Dzień 6 - Pelerynka
Dzień 7 - Dobra babcia
Dzień 8 - U podnóża Alp
Dzień 9 - 15 %
Dzień 10 – Großglockner – Hochalpenstrasse
Dzień 11 – „Słoneczna” Italia
Dzień 12 - Dolomity
Dzień 13 - Tunele
Dzień 14 – Królowa alpejskich przełęczy
Dzień 15 – Dwie drogi
Dzień 16 - Włoska szkoła jazdy
Dzień 17 - Città Italiane
Dzień 18 – Venezia
Dzień 19 – Ludzie są cudowni
Dzień 20 - Spotkanie z morzem
Dzień 21 - Konfluencja
Dzień 22 – Dziadek rowerzysta
PODSUMOWANIE WSTĘPNE:
Przejechane około 3100 km.
Maks. prędkość: 78 km/h ( x2 )
Maks. przewyższenie 1 dnia: około 2650 m.
Maks. dystans: 175 km
Maks. wysokość : 2758 m. npm
Najdłuższy tunel : 3650 metrów
Przełęcze powyżej 2000 m. npm - 5x
Suma przewyższeń : około 27 000 metrów
Koszt wyprawy : 300 zł przygotowania + 580 zł na samej wyprawie = 880 zł :)
ODWIEDZONE KRAJE:
Słowacja
Austria
Szwajcaria
Włochy
Słowenia
Chorwacja
Węgry
A co do dzisiejszej traski - przejechana z Markiem, który jechał ze mną z Krościenka do Jaworzna, żeby wsiąść w Szczakowej w pociąg do Gdańska. Duży ruch i niebezpieczna jazda kierowców, no ale jesteśmy w Polsce. Górki, które dwa lata temu wydawały się olbrzymie, dziś wchodziły w parę minut. Kolano lepiej, no ale też w miarę płasko było.
A taki mieliśmy początek zjazdu ze Stelvio, tak na zachętę do ponownego odwiedzenia ;) :

Już w domku:

Pozdrawiam ;)
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
57.97 km
0.00 km teren
02:42 h
21.47 km/h
T: 16.0 C V-max: 65.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 0
29.08Kamil mnie na rower wyciągnął, więc o 11 pojechaliśmy na małą pętelkę w okolicach Jaworzna. Najpierw do Bukowna, potem Płoki i dalej na Trzebinię, skąd przez Luszowice do domów. Dwa razy złapał nas mocny deszcz, raz przed Trzebinią, a dwa zaraz za nią. Szybko jednak wyschnęliśmy. V-max z Myślachowic.
Zimno, rano było 14 C.
Dane wyjazdu:
24.90 km
0.00 km teren
01:13 h
20.47 km/h
T: 15.0 C V-max: 38.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 0
28.08Jeleń-Byczyna-Wilkoszyn-Centrum. Potem do Roberta, powrót po ciemku. Zimno !
Dane wyjazdu:
101.84 km
0.00 km teren
04:42 h
21.67 km/h
T: 22.0 C V-max: 60.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 3
WPIS z 26.08Wyjazd o 11. Ciężko było się zebrać, ale w końcu się zmogłem. Traska mi znana z dojazdów elką, ale dawno tamtędy już nie jechałem. Maczki-Dąbrowa Górnicza. W DG postanawiam objechać Pogorię III nową asfaltową DDR, a potem jeszcze Pogorię IV. Dalej jadę przed siebie, w wyniku czego zamiast trafić do centrum Dąbrowy, trafiam prawie pod Zawiercie. Wracam się kierując się na hutę. Powrót tą samą drogą.
A po południu na wiadukt nad A4, powrót przez Jeziorki i Centrum. Cieplej niż w południe.
Jakoś się nie mogę rozkręcić po parodniowej przerwie po wyprawie, dziś jakiś obolały jeździłem. No, ale setka wpadła.
Na koniec coś dla Jaworznianin:

czyli wymiana starych złomów na nowiutkie, autobusiki.
Kategoria: 100-200 km, samotnie
Dane wyjazdu:
39.54 km
0.00 km teren
01:53 h
20.99 km/h
T: 20.0 C V-max: 40.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 0
25.08.Nocą po Jaworznie. Poplątałem się bocznymi drogami po Dąbrowie, Osiedlu Stałym, Borach i Centrum. Nawet ciepło, księżyc przyjemnie rozświetla drogę.
Dane wyjazdu:
30.93 km
0.00 km teren
01:25 h
21.83 km/h
T: 24.0 C V-max: 41.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Po 17 ponownie na objazd Jaworzna. Sosina, Ciężkowice, Centrum. Spotykam sporą ilość rowerzystów i znajomych. Ot, tyle ;)Dane wyjazdu:
23.96 km
2.00 km teren
01:02 h
23.19 km/h
T: 26.0 C V-max: 35.00 km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 1
Zobaczyć co to się zmieniło w moim mieście. Generalnie stara bieda, powolutku idzie im budowa obwodnicy Łubowca. Pojeździłem po OST, Gigancie, Centrum i na koniec pojechałem na stadion.Kolano przy mocniejszych depnięciach boli, trzeba albo mniej jeździć, albo mniej agresywniej. Wpis daję z wcześniejszą datą, żeby nie zaśmiecił podsumowania wyprawy i kolejnych opisów dni.
Dane wyjazdu:
100.41 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hCzwartek, 19 sierpnia 2010 | Komentarze 1
Kategoria: Nie przypisana.
Dane wyjazdu:
114.02 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hŚroda, 18 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Kategoria: Nie przypisana.
Dane wyjazdu:
90.02 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hWtorek, 17 sierpnia 2010 | Komentarze 0
+jazdy po Krościenku Kategoria: Nie przypisana.
Dane wyjazdu:
125.85 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hPiątek, 13 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Kategoria: Passo dello Stelvio 2010
Dane wyjazdu:
76.94 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hCzwartek, 12 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Kategoria: Passo dello Stelvio 2010
Dane wyjazdu:
161.92 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: - km/hŚroda, 11 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Kategoria: Passo dello Stelvio 2010
Dane wyjazdu:
131.66 km
0.00 km teren
07:06 h
18.54 km/h
T: - C V-max: - km/hWtorek, 10 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Kategoria: Passo dello Stelvio 2010
Dane wyjazdu:
121.91 km
0.00 km teren
06:54 h
17.67 km/h
T: 26.0 C V-max: 70.00 km/hPoniedziałek, 9 sierpnia 2010 | Komentarze 0
Rano szybko odnajdujemy dobrą drogę, tym razem po właściwej stronie rzeki. Sprawnym tempem dojeżdżamy do Litiji, gdzie robimy zakupy w Lidlu. Dalej zaczynają się słoweńskie hopki, ale jest ok. Skręcamy na Cejle. Po paru podjazdach dojeżdżamy do miasta, gdzie postanawiamy zjeść coś regionalnego. Spotykamy dziadka rowerzystę, którego pytamy się o tanią restaurację. Zaprowadza nas do burżujskiego lokalu, gdzie obiad zaczyna się od 15 euro. Uprzejmie dziękujemy i mówimy, czekającemu na nas dziadkowi, że za „drago” i tu nie zjemy. Dziadek patrzy się na nas chwilę myśląc o czymś podstępnie, po czym wpada w szale do lokalu i zaczyna zaciekle krzyczeć na biednego kelnera, obwiniając go o wysokie ceny i brak ulg dla studentów z Polski! Zwyzywał go od najgorszych, po czym wesoło oznajmił, że tu privata jest i że to złodzieje przebrzydłe.Jedziemy dalej, troszkę przerażeni i zmieszani zachowaniem naszego nowego towarzysza podróży. Dziadek bowiem nie odstępuje nas na krok. Zajeżdżamy do pizzerii ( regionalne danie miało być... ), ale i tak ceny okazują się za wysokie – 8 euro za pizze ! Taniej nawet w Wenecji było. Ale i tam dziadek postanawia zrobić małe zamieszanie, tym razem także wyżywa się na biednych kelnerach. My postanawiamy szukać dalej, tym razem bez pomocy. Opuszczamy dziadka, gdy ten zawzięcie kłóci się z obsługą i jedziemy pod supermarket, gdzie znajduję pizzę sprzedawaną na kawałki za 1.5 euro. Desperacja to już straszna, zejść z regionalnego dania na kawałek pizzy, no ale chociaż zjemy coś innego niż makaron z sosem bolońskim. Gdy już mamy zabierać się za kupno… przyjeżdża dziadek, który jakimś cudem nas znajduje. Wpada do sklepu i pyta się nas czy dobre. Gdy odpowiadamy twierdząco, raduje się bardzo i oznajmia, że on nam za tą pizzę zapłaci! Jak już pan był taki chętny do pomocy, to nie wypadało wręcz odmawiać, widać było, że czerpie wielką przyjemność z pomocy nam. Próbujemy trochę rozmawiać przy pizzy i coli, którą również nam zasponsorował. Pomógł nam w tym trochę młody Bośniak, który był w Polsce jakiś czas temu i znał parę wyrazów.
Po jedzeniu dziadek obiecuje nas wyprowadzić z miasta, ponieważ jedzie w tym samym kierunku co my. Sprawnym tempem szybko wydostajemy się z Cejle. Jednak to nie koniec niespodzianek od dobrego nieznajomego. Przy pożegnaniu wyjmuje portfel, z którego daje nam swoją wizytówkę oraz… 10 euro ! Absolutnie nie chce tego z powrotem, więc przyjmujemy z wielką radością dodatkowe fundusze. Coś niesamowitego ;)
Żegnamy się z dobrym dziadkiem i jedziemy dalej, by po chwili spotkać chłopaka z Poznania, który jedzie z przyczepką gdzieś na południe. Chwilę gadamy wymieniając się radami. W następnym mieście robimy zakupy, kupujemy między innymi całkiem dobre słoweńskie piwa. Pod koniec dnia trafiamy jeszcze na parę ścianek 18 %, na szczęście nie są długie.
Nocleg znajdujemy na ogródku u małżeństwa w średnim wieku. Mamy równą trawkę, wodę i prąd, więc kolejny dobry nocleg. Kolana nadal bolą.
Poranny gość w namiocie:
A spaliśmy dokładnie na końcu półwyspu:
Dalsza droga:
Cejle:
Nasz dobroczyńca:
Znajduje też rejestrację chorwacką, którą potem ciągnę aż do Polski ;) :
slovenian pivo:

Zjazd fajny ;) :
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
67.61 km
0.00 km teren
03:36 h
18.78 km/h
T: 26.0 C V-max: 60.00 km/hNiedziela, 8 sierpnia 2010 | Komentarze 2
Dziadkowi rano chyba zły nastrój przechodzi, bo dostajemy na śniadanie mocną, czarną kawę. Wypijam jej 3 filiżanki, bo tyle jej aż zrobił.Dziś z założenia ma być dzień odpoczynku, głównie ze względu na moje kolana. Jedziemy spokojnym tempem do Ljubliany, stolicy Słowenii. Około 5 km po wyjeździe, gdy reszta ekipy powoli znika mi z pola widzenia, dogania mnie jadąca na rowerze Niemka. Okazuje się, że jedzie samotnie z Chorwacji. Ma tylko 2 tygodnie urlopu, więc jedzie na pociąg gdzieś na północ Słowenii. Z racji tego, że tempo mamy podobne, rozpoczynamy długą, bo trwającą 40 km rozmowę ;) Jakoś zapominam o bólu kolan i jedzie mi się dobrze. Rozmawiamy oczywiście po angielsku.
Do stolicy wjeżdżamy drogami rowerowymi, które poprowadzone są naprawdę bardzo dobrze. W centrum się żegnamy, po czym każdy dostaje 2 godziny wolnego czasu na zwiedzanie ( prawie jak na wycieczkach autokarowych :P ) Odnajduję internet cafe', dodaję wpis na bloga, po czym objeżdżam sobie razem z Markiem miasto. Podoba mi się tu bardzo, w odróżnieniu od innych stolic, ta jest cicha i spokojna. Jest wiele zabytków, ale nie ma tłumów turystów deptających każde wolne miejsce. Poza tym miasto przestrzennie jest duże, nic nie jest upchane na siłę.
Jemy szybki obiad w parku i o godzinie 16 wyjeżdżamy z miasta w celu znalezienia noclegu. Gubimy jednak drogę, która kończy się na oczyszczalni ścieków. Nie poddajemy się i znajdujemy polną dróżkę, prowadzącą w kierunku, w którym chcemy jechać. Ponadto po naszej prawie stronie jest rzeka, więc powinniśmy gdzieś wyjechać. Jedziemy zadowoleni, gdy nagle widzimy, że po naszej lewej stronie również płynie rzeka… Okazuje się, że jesteśmy na półwyspie, na końcu którego zachodzi zjawisko konfluencji, czyli... łączenia się dwóch rzek :)
Jest to jednak wymarzone miejsce na założenie obozu. Myjemy się w rzece, która spływa z Ljubliany ( druga rzeka była zaraz za oczyszczalnią, ale o tym pomyśleliśmy dopiero po fakcie ) oraz grzejemy chwilę w słońcu. Namioty postanawiamy rozbić na gęsto zarośniętym polu. Już mamy wbijać śledzie, gdy nagle przyjeżdża traktor i zaczyna nam kosić trawę, tworząc wygodne podłoże dla namiotów. Pytamy się dziadka, czy możemy się rozbić, zgadza się bez problemów. Takim to sposobem rozbiliśmy się znowu na legalu ( czyli tylko raz podczas wyprawy spaliśmy zupełnie na dziko ).
Gotujemy makaron i szykujemy namioty na konfrontację z potężną burzą, która w szybkim tempie nadciągała z południa. Na szczęście przechodzi bokiem, więc spokojni o dobytek możemy iść spać.
W drodze do Ljubliany:
Stolica Słowenii:
Miś podróżnik :) :
Obozowisko:
Nocna burza:
Kategoria: 50-100 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
0.00 km
0.00 km teren
b/d. h
b/d. km/h
T: - C V-max: 78.00 km/hNiedziela, 8 sierpnia 2010 | Komentarze 24
W koncu internet ! Jestesmy teraz w ljublianie. przejechane mamy 2300 km. swieci slonce i jest naprawde goraco. zbyt duzo sie dzieje, zeby wszystko opisac, dlatego wstawie pare zdjec. Reszta po powrocie. Czujemy sie dobrze, ale ja jade troche wolniej, bo kolana sie niestety odezwaly. dzis luzny dzien, bo robimy tylko okolo 70 km. Do Polski juz niedaleko, tylko 1100 km :)Pozdrawiam goraaaco !!!
Kategoria: Passo dello Stelvio 2010
Dane wyjazdu:
124.97 km
0.00 km teren
07:32 h
16.59 km/h
T: 33.0 C V-max: 62.00 km/hSobota, 7 sierpnia 2010 | Komentarze 4
Na dobry start dostajemy piękną ‘colazione’ ( śniadanie po włosku ). Mamy możliwość zjedzenia prawdziwego (!) masła ( od 3 tygodni nikt go nie jadł ), dżemu, szynki i wypicia włoskiej cafe latte’. Dzieci pojadły, więc można molto molto podziękować naszym gospodarzom za niebywałą gościnę i zabrać się za dalszą drogę.Ciemne chmury na szczęście przeszły w nocy i znowu nad światem pojawił się błękit nieba. Razem z nim przyszła wysoka temperatura, w końcu porządne ciepło !
Do Triestu lecimy z wiatrem. Tam w końcu docieramy do Morza Adriatyckiego.
Oczywiście Tomek z Kingą gdzieś jadą na przód, w wyniku czego znowu się gubimy, tym razem jednak na cały dzień. Zwiedzam z Markiem Triest i port, poczym jedziemy popływać w morzu i posmażyć się na plaży. Po 15 się zbieramy i obieramy za kierunek następne państwo na naszej wyprawie, czyli Słowenię. Najpierw trzeba się jednak przebić przez wzgórze na którym leży Triest. Udaje się znaleźć drogę, jednak każdy, kogo o nią pytałem, stwierdzał zdecydowanie, że rowerami tam nie przejedziemy, bo tak jest stromo. Odpowiadając na każde takie obawy „ No problemo, Passo dello Stelvio alla bicicletta” jedziemy zadowoleni. Po chwili jednak zaczyna się podjazd, który od razu przechodzi w… ścianę ponad 30 % ! Do tego droga w najcięższym miejscu zrobiona z kostki brukowej. Męczymy się okrutnie, nawet trawersowanie nic nie daje, rowery na hamulcach chcą lecieć na dół. Podjazd ma około 2 km, nachylenie cały czas nie schodzi poniżej 20 %. Tam to wykańczam moje kolana, odezwie się to pod wieczór oraz parę dni później.
W końcu jednak, zmęczeni gorzej niż po przełęczach w Alpach ( w Trieście były około 33 C ) wyjeżdżamy na górę i jedziemy na Słowenię. Marzę o płaskim, ale zaczynają się hopki, które wykańczają moje nogi do reszty. Tu łapie mnie największy kryzys wyprawy, nogi mam jak z waty, cały czas jadę 5 km/h. Dobrze, że Marek czeka na mnie cierpliwie, bo pewnie bym tam się gdzieś położył spać.
Na szczęście po 5 km jakoś z tego wychodzę i jedziemy już normalnym tempem do Postojny, gdzie umówiliśmy się z resztą ekipy. Tam robimy zakupy w Lidlu ( w końcu normalne ceny ! ) i jedziemy szukać noclegu. Przejeżdżamy przez miasto i na samym końcu znajdujemy nocleg u dziadka, który dosyć niechętnie nas przyjmuje, mrucząc tylko coś tajemniczo pod nosem, że trawa nieskoszona, że koty itp. Szybko zostawia nas w spokoju chowając się w domu. Pijemy wino kupione wczoraj oraz jemy makaron. Zmęczony dzisiejszym dniem zasypiam od razu
W końcu morze ! :

Triest:
Zdjęcie tego nie oddaje ;) :
Słowenia ! :
Znaki drogowe :
Nocny gość, kotek dziadka, który upodobał sobie moje sakwy ;) :
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
84.03 km
0.00 km teren
04:31 h
18.60 km/h
T: 30.0 C V-max: 68.00 km/hPiątek, 6 sierpnia 2010 | Komentarze 7
Nocne hałasy zdają się nie mieć końca. Budzę się co chwilę zaniepokojony bliskim skradaniem się niezidentyfikowanych zwierząt. Późne położenie się spać ma swoje następstwa, w rezultacie czego wstajemy o 9:50 i wyjeżdżamy dopiero o 12.Jedzie mi się bardzo ciężko, kolana bolą cały czas. Jadę swoim tempem, 50 km przejeżdżam samotnie parę kilometrów za grupą. Dłuższy postój robimy pod Intersparem, gdzie robimy duże zakupy. Tam też łapie nas burza, która przechodzi po godzinie. Chwilę jednak po wyruszeniu znowu nas dopada i nie opuszcza aż do końca. Kolejny, tym razem 3 dzień z deszczem.
Droga jest bardzo ruchliwa. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, jednak ani razu nie dane nam jest zobaczyć morza. O 19:30 zaczynamy szukać noclegu. Idzie z tym bardzo ciężko. Poza tym Dudek, który robi sobie zabezpieczenie przed deszczem z morowego hamaku straszy ludzi niczym komandos wyskakujący nagle z krzaków. Śmiechu co nie miara, ale przecież gdzieś trzeba znaleźć miejsce.
Udaje się to za 5 razem – znowu trafiamy na złotych ludzi. Starsze małżeństwo przyjmuje nas pod dach, dając kawałek podłogi w warsztacie. Jesteśmy im wielce wdzięczni, ale to nie koniec niespodzianek. Po chwili przynoszą stół, który zapełniają między innymi sałatką z ryżem, bułkami i suszoną, pyszną szynką. Poznajemy także 4 wnucząt, od dziewczyny trochę młodszej od nas dostajemy ponadto ciepłą pizzę. Po rozmowie z naszym gospodarzem dowiaduję się, że ma on ponad 20 wnucząt !
Na domiar tego, dostajemy jeszcze jego domowe wino oraz wielkiego melona przyniesionego prosto z ogródka. Melon smakuje przepysznie, wino też niczego sobie. Na sam koniec udostępniają nam łazienkę, więc każdy może się umyć w gorącej wodzie.
Rozmawiam jeszcze chwilę z naszymi wybawcami i kładę się spać, bo choć czujemy się tu jak w domu, to jednak jutro trzeba będzie jechać dalej.
Prawie jak sawanna:
Mlekomat ! :
Czekając na burzę kupujemy...:
...krakersy za 1 Euro, które będą się walać po sakwach do końca wyprawy:
...włoskie wino, które smakowało całkiem dobrze:

...arbuza...:
... z którego resztek...:
Nadchodzi burza...:
... coraz bliżej:
W końcu zaczyna padać, więc aparat wyjmuję dopiero w domu, żeby nasze dobroci uwiecznić:
Kategoria: 50-100 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
125.28 km
0.00 km teren
07:11 h
17.44 km/h
T: 22.0 C V-max: 40.00 km/hCzwartek, 5 sierpnia 2010 | Komentarze 3
Od samego rana na niebie pojawiają się ciemne chmury, które nie wróżą nic dobrego. Na wjeździe do Padovy zaczyna padać. Deszcz nie odstąpi nam już niestety aż do samej Wenecji.Z Padwie gubimy najpierw Kingę, a potem Marka. Wzajemne poszukiwania sprzyjają jednak zwiedzaniu, bowiem okazuje się, że miasto to jest bardzo ładne, nawet podczas deszczu.
Za Padovą zaczyna lać coraz mocniej. Ponownie się gubimy, tym razem zostaję z Markiem, nie wiedząc gdzie jest Kinga z Dudkiem. Na 40 km przed Wenecją przechodzi nad nami ( a może raczej z nami ) burza, której towarzyszy ściana deszczu. Najgorszy deszcz przeczekujemy pod czynnym dystrybutorem, ale po chwili nas wygania obsługa, więc jesteśmy zmuszeni jechać dalej. Przy okazji się jeszcze gubimy w mieście, próbując znaleźć wyjazd. W końcu się udaje i sypiemy w stronę morza.
Na szczęście przed wjazdem do Wenecji przestaje padać, wychodzi nawet słońce. Przejeżdżamy długi, bo prawie 4 km most i znajdujemy się na wyspie. Odnajdujemy Kingę z Tomkiem, którzy, jak się okazało, cały czas jechali w tej burzy. Rowery zostawiamy na parking comunale per bicicletta ( miejski schowek na rowery, nikt go nie pilnował, w rezultacie czego całe zwiedzanie myślałem tylko i wyłącznie o rowerze ), przebieramy się i idziemy zwiedzać Wenecję.
Miasto ładne, spędzamy tam około 3 godzin. Chodzimy nie tylko głównymi drogami, ale także odwiedzamy najwęższe zakamarki. Tam to dopiero jest klimat ;) Zdjęcia i powrót, który też tam trochę zajął, bo się znowu pogubiliśmy…
Z miasta wyjeżdżamy o 20:30. Jedzie się przyjemnie, więc postanawiamy dziś zrobić nocny odcinek. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, ale jesteśmy oddaleni od niego o 30 km, więc nici z widoków. Za Jesolo, po 23:30 szukamy noclegu. Znajdujemy go w jakimś parku krajobrazowym, gdzie przy ryku ptaków rozbijamy namioty. Ptactwo skrzeczy prawie całą noc, co chwilę w krzakach słychać jakieś szmery. Robactwo też nie próżnowało. Czuję się jak w dżungli tropikalnej.
Padwa:
Wnętrze bazyliki:

Złapany ;) :
I czas na zwiedzanie:
Trochę niepocztówkowej Wenecji:

I z powrotem pocztówkowa:
Pożegnanie z wyspą przy zachodzie słońca:
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
142.23 km
0.00 km teren
07:15 h
19.62 km/h
T: 28.0 C V-max: 60.00 km/hŚroda, 4 sierpnia 2010 | Komentarze 8
Chyba najtrudniejsza pobudka wyprawy, nie wiedząc czemu dosypiamy dobre 40 minut. Po śniadaniu prujemy do Desenzano, skąd już główną drogą jedziemy do Verony. Dziś i jutro przed nami duże, włoskie miasta.Do miasta wjeżdżamy drogą ekspresową z zakazem dla rowerów, bo znowu się pojawiają tunele ( przecież tam jest płasko ?! ) Samo miasto nie zachwyciło mnie za bardzo, tłumy turystów i wszędzie widoczny kicz w postaci na przykład posągów sfinksa czy budynków zaczerpniętych z wzornictwa chińskiego. Objeżdżamy rynek i podjeżdżamy pod chyba najsłynniejsze miejsce w Veronie, czyli Via Capuletti, gdzie ukryty w bramie stoi rzekomy dom Julli oraz balkon, spod którego Romeo wyrywał lachona. Ludu zatrzęsienie, więc szybko się ewakuujemy i jedziemy do następnego miasta, czyli Vicenzy.
Vicenza za to podoba mi się bardzo. Rzadko o niej się mówi, a szkoda, bo to stare miasto ma swój niepowtarzalny urok. Ciasne, puste od turystów uliczki, kawiarnie, w których toczy się leniwe życie oraz piękne posągi i budowle – to wszystko sprawiło, że z chęcią bym tam wrócił. W mieście spotykamy parę z Polski na motorze, która daje nam plan Padovy ( Padwy ), bo byli już tam wczoraj i nie potrzebują.
Jedziemy dalej, co chwilę mijając mniejsze lub większe włoskie miasteczka. Około 5 km przed Padovą szukamy noclegu. Udaje się za 3 razem u typowej włoskiej rodziny.
Rozbijamy się obok pola kukurydzy, gdzie niemiłosiernie tną komary. Mamy też wodę z węża, więc możemy się umyć. Dostajemy również wielkie pomidory oraz włoskie bułeczki od sąsiadki, która zaprasza nas na swój plac mówiąc, że u niej jest więcej miejsca i jest basen :D. Dziękujemy jednak uprzejmie, bo już jesteśmy rozbici.
Jednak gdy kładziemy się już spać, pod dom przyjeżdża nagle 5 samochodów i wyskakuje z nich niezliczona ilość osób. Krzesła przed domem zapełniają się szybko. Jak się okazuje, dziadek mieszkający w tym domu ma urodziny i zjechała się do niego cała rodzina. Zaczyna się włoska impreza, szkoda, że nas nie zaproszono :P Nie pozostaje mi nic innego jak zrobić stopery z waty i wtulić się w poduchę. Zmęczenie robi swoje i po chwili usypiamy.
Z cyklu poranny widok z namiotu:
Lago di Garda o poranku:
Verona:
Przed domem Julii:

W stronę Adriatyku:
Spotkanie w Vicenzie:

A na kolację ziemniaki z proszku, kotlety sojowe o smaku namokniętego kartonu oraz dwa przepyszne piwa włoskie dla zabicia smaku :D :
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
110.15 km
0.00 km teren
06:41 h
16.48 km/h
T: 28.0 C V-max: 64.00 km/hWtorek, 3 sierpnia 2010 | Komentarze 4
Rano zrywam się po 6, bo zaczyna padać deszcz, a my śpimy pod samą sypialnią bez tropiku. Na szczęście deszcz szybko przechodzi i można się zebrać do jazdy. Sprawnie dojeżdżamy nad przepiękne jezioro Iseo, które oświetlane przez nisko zawieszone słońce wygląda cudnie.Odnajdujemy drogę rowerową poprowadzoną samym brzegiem wzdłuż jeziora i przejeżdżamy przez kilka ciekawych tuneli i galerii. Zaraz za miastem Iseo zaczyna się długi, żmudny podjazd pod bezimienną przełęcz. Wysokość nie jest duża, ale podjazd ma 13 km, więc podjazd ciągnie się trochę czasu. Droga za to jest spokojna, mały ruch samochodów. W końcu zjeżdżamy do Sarezzo, gdzie cofający Włoch nie zauważa jadącej Kingi z przyczepką i wjeżdża na wstecznym w trzecie kółko. Kinga ląduje na ziemi, ale Włoch nadal jej nie widzi, więc na dodatek niszczy jej przednie koło ( ja tego pojąć nie umiem, ale tak Kinga opowiadała :D ) Na szczęście nic jej się nie stało, za to rower nie nadaje się do jazdy, bo dwa koła kaput. Włoch jednak okazuje się być w porządku, bo od razu zobowiązuje się do pomocy, zabiera Kingę do serwisu rowerowego, gdzie płaci za wszystko, a sama Kinga ląduje u niego w domu, gdzie żona zapewnia jej obiad i kąpiel ( tak to nawet mnie mogliby potrącić :D ). Wszystko jednak trwa 4 godziny, więc zostawiamy Kingę na łaskę losu i jedziemy nad jezioro Garda, największe we Włoszech :D Zaraz za miastem zaczyna się paskudnie stromy podjazd prowadzący uliczkami. Czuć już klimat śródziemnomorski, robi się gorąco, ciężko się jedzie. Jednak jak to z podjazdami bywa każdy się kiedyś kończy, więc zjeżdżamy coraz bliżej jeziora.
Na zjeździe pojawiają się znowu tunele, których nie zapamiętam dobrze, bo w jednym, przy prędkości 50 km/h wyprzedza mnie TIR jadący około 90. Robi to jednak na milimetry, a cały podmuch, który w normalnych warunkach rozszedł by się na boki, uderza we mnie jak w tłoku. Przerażony bliskością wyprzedzenia oraz dobity późniejszym podmuchem uderzam sakwami o barierki. Próbuję się zatrzymać jak najszybciej w wyniku czego o mało co nie przelatuję przez kierownicę stawiając rower z sakwami na przednim kole. Dobrze, że nic za mną nie jechało. Przednie Crosso Dry noszą teraz ładne ślady otarcia, natomiast po tylnych Twistach nie widać nic.
W końcu dojeżdżamy nad jezioro. Zatrzymujemy się w miejscowości Salo’, gdzie kąpiemy się chwilę, a potem jemy włoską pizzę. Po 20 przyjeżdża Kinga i zaczynamy szukać noclegu.
Wszędzie wzdłuż wybrzeża znajdują się hotele i campingi ****. Jednak po chwili, jak gdyby igła w stogu siana, pojawia nam się biedne gospodarstwo z dziesiątką zabiedzonych kundli. Ryzując zjedzenie, wjeżdżamy i pytamy się o nocleg. Okazuje się, że gospodarz jak był młody to był na rowerze w Niemczech, więc od razu zgadza się na rozbicie namiotów.
Takim to sposobem otrzymujemy nocleg na wzgórzu z widokiem na jezioro, własną plażą oraz leżaczkami. Ludzie w hotelach obok płacą za takie same możliwości około 40 Euro za noc :) Siedzimy chwilę na plaży oglądając łowiących ryby rybaków, podziwiamy chmary nietoperzy pozbywających się komarów, leżymy wpatrzeni w niebo ( Dudek już dawno śpi ) oraz dopingujemy wodę z jeziora na herbatę Kingi gotującą się 30 minut, po czym idziemy spać... ;)
Droga wzdłuż Lago d'Iseo:
Zamek na wyspie:

Jeziorko z podjazdu:

Widok na Lumezzane:
Przełęcz niska, ale przewyższenie wysokie:
Zachód nad jeziorem Garda:
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
126.84 km
0.00 km teren
06:50 h
18.56 km/h
T: 26.0 C V-max: 55.00 km/hPoniedziałek, 2 sierpnia 2010 | Komentarze 2
Wstajemy o godzinie 8. Przez początkowe kilometry mamy cały czas praktycznie z górki, jedzie się bardzo przyjemnie. Przemieszczamy się starą droga wzdłuż autostrady, co chwilę mijamy stare, zabytkowe, włoskie miasteczka i wsie. Pogoda dopisuje, nie jest za gorąco ani za zimno. Po parunastu kilometrach dojeżdżamy do przełęczy Mortirolo, która nie wiedząc czemu myli mi się z Malga Palazzo ( ta druga leży paredziesiąt kilometrów dalej ). Marek z Dudkiem bardzo chcą za wszelką cenę ją zdobyć, ja natomiast od razu rezygnuje ze względu na kolana i przeświadczenie o 45 % nachylenia. Jak się później okazuje przełęcz była ostra, ale średnio leciało 12-20 %. Być może kolana dałyby sobie radę.Jadę za to z Kingą drugą drogą, która po paru kilometrach również przechodzi w podjazd pod przełęcz Aprica. Nie jest ona wysoko, bo lekko ponad 1100, ale przewyższenie sięga 700 metrów, więc podjazd ma 13 km. Nie jest ciekawy, dopiero pod koniec nouva strada prowadzi pięknym, głębokim kanionem.
Na górze czekam tylko parę minut na Kingę i zjeżdżamy bardzo wąską droga do Ebolo, w którym od 30 minut czeka na nas reszta ekipy. Razem już zaczynam dalszą drogę, która jest bardzo przyjemna, bowiem prowadzi cały czas w dół – zjeżdżamy w końcu w kierunku morza, żegnając tym samym Alpy.
Noclegu szukamy przed jeziorem Iseo. Udaje się znaleźć za 3 razem u włoskiego, młodego małżeństwa. Kobieta po moim włoskim „ Ciao, siamo con Polonia, cerciamo un posto dove possiamo dormire in due tende per una notte. Possiamo dormire in questo posto?” bez jakiegokolwiek wyrazu twarzy i emocji odpowiada mi „ Si.” :D
Rozbijamy namioty. Po chwili jednak przychodzi do nas z mężem i pokazuje mi „Il bagno”, czyli po włosku łazienkę. Cieszymy się strasznie, bo ostatni prysznic mieliśmy u Petka, potem było tylko paplanie się w różnego rodzaju studniach, jeziorkach i kranach na stacjach benzynowych. Ponadto dostajemy od sąsiadki malutkie pomidory koktajlowe oraz ogórki, które w połączeniu ze smażonymi parówkami z Lidla smakują wyśmienicie.
Zadowoleni, czyści i pojedzeni idziemy spać.
Początek Mortirolo:
Widoki z alternatywnego podjazdu:

Mały burdelik:
Burżujska kolacja:
Kategoria: 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
Dane wyjazdu:
73.86 km
0.00 km teren
06:55 h
10.68 km/h
T: 26.0 C V-max: 78.00 km/hNiedziela, 1 sierpnia 2010 | Komentarze 14
Poranek powitał nas bezchmurnym niebem i chłodnym, górskim powietrzem. Pełni ochoty do jazdy ruszyliśmy po szybkim śniadaniu na zdobywanie przełęczy Stelvio. Droga z początku prowadziła przez pola i małe miasteczka, ale zaraz za Prato allo Stelvio zaczęła się piąć w górę. Podjazd zaczął się od zimnej jazdy w cieniu, jednak wschodzące słońce szybko ocieplało powietrze. Po około kilometrze jazdy ujrzałem pierwszą serpentynę i tablicę z napisem 48 tornante – oznaczało to, że przede mną jeszcze 48 zakrętów 180 stopni. Kinga zostaje w tyle, Dudek z Markiem jadą swoim tempem z przodu. Napełniam bidony wodą ściekającą po murze i zaczynam mozolną wspinaczkę na najwyższą przełęcz Włoch.Po minięciu ostatniej miejscowości przed przełęczą, podjazd zaczyna nabierać rumieńców. Zaczyna się robić bardziej stromo, pojawiają się też gęste serpentyny ukryte w lesie. Tylko ryk motorów gdzieś na górze uświadamia ile jeszcze takich zakrętów przede mną.
W lesie nachylenie waha się od 6 do miejscami 15 % na 50 metrach. Ścianki takie męczą bardzo, robię tam pierwszy postój na jedzenie. Czekolada i ciastka maślane dostarczają mi około 900 kalorii, więc psychicznie nastawiony na siłę, jadę dalej.
Po około 2,5 godziny, podjazd zaczyna wchodzić w ostateczną, znaną z wielu zdjęć, postać. Wysoko w górze jawi się przełęcz, jednak droga do niej jest jeszcze bardzo długa – widać ścianę serpentyn wijącą się najpierw wzdłuż jednej góry, aby po chwili przejść w sieć zakrętów prowadzących na drugą górę. Widok przełęczy dodaje mi otuchy, pomimo częstego bólu kolan zaczynam kręcić coraz szybciej. Zachęcały do tego również piękne widoki pobliskich, wyższych niż przełęcz, szczytów oraz wręcz nieustanny doping wyprzedzających mnie kolarzy na rowerach szosowych. Wielu z nich było zdziwionych jak można rowerem, który waży 40 kg porywać się na takie góry. A jednak można .
Niesamowitym zjawiskiem były też schodzące w górach lawiny, które z hukiem rozbijały się o nagie skały wzbudzając tumany kurzu ze śniegiem.
Tuż przed przełęczą zaczęło się ostateczne odliczanie – 5, 4, 3, 2, 1 serpentyn do końca. Wyprzedziłem na nich nawet dwóch szosowców, tak już mnie ciągnęło na górę. Gdy ostatni zakręt został już za mną i gdy ujrzałem płaski odcinek drogi, pojąłem, że udało się zrealizować marzenie i wjechać na sam szczyt. Uczucie było niesamowite. Byłem zmęczony, ale przeszczęśliwy.
Na przełęczy wysłałem kartki do znajomych, po czym zjedliśmy zupki chińskie. Zaraz po tym przyjechała Kinga. Po zdjęciach pod tabliczką przyszła pora na zjazd…
Na zjeździe postanowiliśmy opuścić na chwilę Unię Europejską i wjechaliśmy do Szwajcarii. Po krótkim podjeździe udało się zdobyć kolejną przełęcz – Passo dell' Umbrail 2501 m n.p.m, najwyższą przełęcz Szwajcarii. Tym samym zdobyliśmy na wyprawie 3 najwyższe przełęcze: Austrii, Włoch i Szwajcarii.
Dalszy zjazd przyniósł wiele emocji. Droga na początku prosta, szybko zamieniła się w system serpentyn, które wiły po stromych zboczach. Po serii zakrętów przyszła pora na tunele. Tam było chyba najbardziej niebezpiecznie, bowiem tylko nieliczne są oświetlone, a na dodatek w tych ciemnych są jeszcze zakręty, także nie widać w ogóle gdzie się jedzie. Przy prędkości 60 km/h po wjeździe z rozświetlonej drogi widziałem tylko ciemność przede sobą. Dwa razy bym się rozbił o ścianę, gdyby nie motory, które jechały za mną i oświetlały drogę.
Po wyjechaniu z tuneli znowu zaczęły się serpentyny, na których wyprzedzaliśmy wszystko co się dało. Udało się nawet motocykle wziąć, które bały się wyprzedzać na zakrętach. Z pewnością nie była to ani mądra, ani rozsądna jazda, ale przecież adrenalina i emocje robią swoje – po prostu puszcza się hamulce, dokręcając na prostych i składając się jak na torze z wysuniętym kolanem na zakrętach.
Zjechaliśmy w końcu do Bormio. Tam postanowiliśmy zjeść pizze, ale niestety wszystkie pizzerie były otwarte dopiero po 19, więc pojechaliśmy dalej. To nie był jednak koniec emocji na dzisiejszy dzień. Wjechaliśmy na starą drogę, która została zamknięta dla ruchu, ponieważ kilometr obok wybudowano nową z tunelami. Zgadnijcie co Włosi robią z taką drogą ? To proste- udostępniają ją całą dla rowerzystów. Wyobraźcie sobie np. S1 do Warszawy, którą ktoś zamyka i robi z niej drogę tylko dla rowerów. Cudowne prawda ?
Coś jednak musi być za coś, wymęczeni po Stelvio trafiliśmy na kolejny podjazd, którego się nie spodziewaliśmy. Na szczęście poszedł dosyć szybko. Zjazd z niego był o wiele dłuższy i prowadził również przez tunele, jeden miał około 1500 metrów. Cała droga dla nas, mogliśmy jechać zupełnie swobodnie. Po tunelach były serpentyny, które ścinaliśmy na zupełnym ludzie, nie hamując w ogóle i nie przejmując się samochodami. Ponownie dzisiejszego dnia na liczniku wybiło ponad 75 km/h.
Po zjeździe udało się znaleźć nocleg w pierwszym napotkanym ogrodzie, u starszego dziadka, który bardzo cieszył się z naszego przyjazdu. Chwila pogaduchy, mycie w lodowatej wodzie ze studni i włoskie piwo na koniec dnia. Nigdy tak mi piwo nie smakowało jak tamtego wieczoru.
Pełni wrażeń dnia dzisiejszego usnęliśmy bardzo szybko.
To był po prostu niesamowity dzień.
Poranek zapowiada piękny dzień:
Zaczynamy podjazd pod przełęcz:
Ruch spory:
Suszenie prania:

Widok na dół:
Lawinka:

A tak wygląda końcowa część podjazdu widziana z góry naprzeciwko ( zdjęcie z http://www.climbbybike.com ):

W końcu na górze ! :
Widok na przełęcz:
I pora na zjazd :) :
Witamy na najwyższej przełęczy Szwajcarii:
A końca zjazdu nie widać:
Tak się w zakręty wchodzi :D :
A tak wychodzi:
Marek wyprzedza na serpentynce:
Dalsza część zjazdu, tunelami:
Przeciskanie się w tunelach ( większość była na szerokość jednego pojazdu ):
I jeszcze jedno ze zjazdu:
Kategoria: 50-100 km, Passo dello Stelvio 2010, z kimś
