vanhelsing prowadzi tutaj blog rowerowy

vanhelsing

Wpisy archiwalne w kategorii

Passo dello Stelvio 2010

Dystans całkowity:3072.97 km (w terenie 10.00 km; 0.33%)
Czas w ruchu:179:15
Średnia prędkość:17.14 km/h
Maksymalna prędkość:78.00 km/h
Suma podjazdów:29560 m
Liczba aktywności:27
Średnio na aktywność:113.81 km i 6h 38m
Więcej statystyk

Dzień 8 – U podnóża Alp

  • DST 115.32km
  • Czas 07:23
  • VAVG 15.62km/h
  • VMAX 63.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 26 lipca 2010 | dodano: 23.08.2010

To nie koniec dobroci babci, na śniadanie przygotowuje nam prawdziwą ucztę – dostajemy przepyszne ciepłe mleko prosto od jej jedynej krowy, kawę, chleb i marmoladę z niewiadomo czego. Zwiedzamy także jej dom, przypomina on schronienie znachorki, w wielkiej kuchni na półkach olbrzymie ilości słoików z czymś dziwnym w środku, zasuszone kwiatki, tajemnicze, zakurzone figurki. Po izbie co chwilę przebiegają koty. Na koniec babcia przynosi nam wielką, starą księgę i daje długopis. Okazuje się, że jest to księga gości, którzy byli w tym hotelu dawno temu. Wpisy z lat 70 w przeróżnych językach świata robią na nas wrażenie. Dodajemy parę słów od siebie i dziękujemy za nocleg. Na koniec otrzymujemy jeszcze na drogę słodką bułkę. Żegnamy naszą babcię znachorkę i jedziemy dalej, w kierunku Hallstatt. Dojeżdżamy tam drogą rowerową poprowadzoną wzdłuż rzeki. Postanawiamy objechać jezioro, jest to świetna decyzja, bo widoki oraz droga są niesamowite. W samym Hallstatt łapie nas na chwilę burza, ale szybko przechodzi.
Kolejnym celem jest przełęcz Gschutt – czujemy, że jesteśmy w Alpach. Wjeżdżamy na 969 m npm. Zjeżdżamy z niej dosyć szybko i kierujemy się w stronę Bischofshofen przejeżdżając przez cudowny kanion rzeki Salzach. Dookoła piętrzą się wysokie góry, a zachodzące słońce doświetla tylko ich szczyty. Jest cudownie. W Werben, gdzie na wielkim wzgórzu góruje potężny zamek, szukamy noclegu. Znajdujemy go u austriackiej rodziny, w stodole z sianem. Dookoła chodzą baranki wesoło dzwoniąc dzwoneczkami. Gdy gospodarz dowiaduje się, że nie mamy mięsa, daruje nam z kilo wędzonego boczku. Super, będzie mięsko na śniadanie. W nocy robimy jeszcze parę zdjęć gwiazdom oraz otaczającym nas wzgórzom.

Dziś robimy ponad 2500 metrów przewyższenia.

Pamiątkowy wpis do księgi dla babci:




Wjeżdżamy w Alpy:


Objazd jeziora:








Hallstatt:






Zaczynają się cudowne widoki na szczyty:


I pierwsze podjazdy:












Zamek, obok którego spaliśmy:


I gwiazdy na koniec:



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Dzień 7 – Dobra babcia

  • DST 115.15km
  • Czas 07:25
  • VAVG 15.53km/h
  • VMAX 60.00km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 25 lipca 2010 | dodano: 22.08.2010

3 dzień pod wiatr. Pagórki z dnia wczorajszego trochę urosły, w wyniku czego całą drogę mamy albo pod górkę, albo z górki. Na szczęście się wypogodziło i niebo zrobiło się błękitne. Zwiedzamy pojawiające się co chwilę na naszej trasie stare miasteczka. Pojawiają się pierwsze widoki na czekające na nas wkrótce Alpy. Po południu dojeżdżamy do Gmunden, cudownego miasteczka leżącego nad Jeziorem Traun. Otaczające go góry oraz nisko zawieszone słońce przypomina nam, że niedługo czekają nas prawdziwe podjazdy. Jedziemy dalej, cały czas wzdłuż wybrzeża drogą rowerową, oczywiście asfaltową. Przejeżdżamy przez pierwsze tunele na naszej trasie, specjalnie stworzone dla rowerzystów.
Poszukiwanie noclegu znowu staje się trudnością, bo wszędzie dookoła są tylko campingi i zimmer frei. Zmarnowani i trochę zaniepokojeni przejeżdżamy przez Ebensee, gdy nagle, obok bocznej drogi wychodzącej z miasta, znajdujemy dwa stare domy i kawałek trawki, która idealnie nadawałaby się na rozbicie zwei Zelt. Zaopatrzony w magiczną karteczkę z przetłumaczonym na niemiecki błagalnym tekstem o pozwolenie szlafen w majn celt, pukam do drzwi. Po chwili otwiera nam uśmiechnięta, stara babcia, która na szczęście rozumie moje wypociny niemieckie i pokazuje kawałek trawy. Po chwili jednak mówi, że przecież jest dom obok, w którym nikt nie mieszka i tam możemy spać. Zaprowadza nas na górę, gdzie znajdują się normalne pokoje i łóżka. Podłącza nawet prąd, więc możemy podładować akumulatorki. Na kolację dostajemy dużą bułkę z jabłkiem oraz wielkie wiadro wrzątku na herbatę. Okazuje się, że śpimy w starym hotelu, który z nieznanych nam przyczyn upadł. Do dyspozycji mamy około 16 pokoi ;) Na dole myjemy się w najzimniejszej wodzie w jakiej przyszło mi się myć i idziemy spać na burżujskich łożach.

Nasz apartament z rana:


Klimatyczne miasto Steyr:






Przed nami Alpy ! :




Gmunden:






Tunele rowerowe omijające tunele samochodowe, droga wzdłuż jeziora:




Bułka od babcia na koniec dnia :) :



Kategoria Passo dello Stelvio 2010, 100-200 km

Dzień 6 – Pelerynka

  • DST 78.04km
  • Czas 05:08
  • VAVG 15.20km/h
  • VMAX 60.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 24 lipca 2010 | dodano: 22.08.2010

Jajecznice przyrządzone na dwóch patelniach smakują wyśmienicie. Na śniadanie pijemy również kawę oraz gęsty sok z oleandra, którego potem dostajemy 1,5 litra na drogę. Żegnamy się z naszym dobrym gospodarzem, na pewno na długo zapamiętując ten nocleg.
Jest pochmurno ale nie pada. Niestety parę kilometrów po wyjeździe zaczyna kropić. Mżawka w parę minut zmienia się w deszcz, który nie opuszcza nas przez cały dzień. Zakładamy wszyscy stroje na taką opcję i jedziemy. Wiatr cały czas wieje w twarz. W taką pogodę na prostej drodze ciągniemy cały czas 16-18 km/h. Jedzie się okropnie, brakuje motywacji do jazdy. Po 50 km zjeżdżamy z trasy naddunajskiej i zmieniamy kierunek na południowy, tym samym kierując się już w stronę Alp. Zaczynają się lekkie hopki i ruch samochodowy, od którego byliśmy odzwyczajeni przez ponad 250 km. Na szczęście Austriacy jeżdżą bardzo bezpiecznie, zawsze wyprzedzają całą szerokością drogi, nigdy nie przejeżdżają na gazetę, gdy jedzie coś z naprzeciwka. Wszystko mamy przemoczone, więc nie chcemy spać w namiotach. Szukamy noclegu w opuszczonych budynkach. Udaje się go znaleźć za Strengbergiem, w opuszczonym domu. Lekkie ‘pchnięcie’ z spd pozwala dostać się do środka. Dom stoi opuszczony pewnie od ponad 15 lat, ale w środku był nawet porządek- stoły, krzesła, kuchnia – wszystko w takim stanie jak je pozostawiono. Mamy dach nad głową, więc możemy się ogarnąć po całym dniu. Wcinamy ryż ugotowany wcześniej w szopie i czekamy na jakieś duchy, gadając o wszystkim ( Dudek już dawno spał ). Duchy chyba jednak się nas przestraszyły, więc zasypiamy szybko, nie niepokojeni przez nikogo.

Pelerynki i wszelkiego rodzaju kurtki wodoodporne czas założyć:








Mokre krajobrazy:





Obiad w stodole:


Nocleg w domu:





Kategoria Passo dello Stelvio 2010, 50-100 km

Dzień 5 – Wujek Petko

  • DST 107.68km
  • Czas 06:48
  • VAVG 15.84km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 23 lipca 2010 | dodano: 22.08.2010

Wieczorny wiatr niestety nie przechodzi, w wyniku czego budzi nas głośny szum drzew. Dzisiejszy dzień będzie cały czas pod wiatr, na szczęście jest płasko. Zaczynamy prawdziwą jazdę wzdłuż Dunaju, co chwilę odkrywając małe miasteczka, leżące na świetnie oznakowanej trasie rowerowej. Wąskie uliczki, stare kamienice, otaczające je winnice i tarasowane pola tworzą niepowtarzalną atmosferę. Przejeżdżamy przez między innymi Tulon, Krems, Spitz czy też Emmersdorf. Za Melkiem, gdzie po raz kolejny przejeżdżamy długim mostem przez Dunaj, zaczyna się chmurzyć i grzmieć. Rozpoczynamy szukanie noclegu, niestety do dyspozycji mamy albo gęste, niedostępne krzaczory, albo drogie Campingi. Zjeżdżamy na chwilę z radwegu, w nadziei, że uda się coś znaleźć dalej od drogi. Dudek, który jedzie jako pierwszy, wyczaja spore gospodarstwo otoczone polami. Wjeżdża odważnie, nie bacząc na psa, który gniewnie na niego szczeka. Po chwili wychodzi gospodarz, który, gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, to od razu nas przyjmuje.
Okazuje się, że ów mężczyzna jest Bułgarem, ale mieszka w Austrii już 21 lat. Nie cierpi języka niemieckiego ( jak my ), więc rozmawiamy w mixie bułgarsko-polskim, o dziwo rozumiemy praktycznie wszystko. Petko, bo tak ma nasz gospodarz na imię, jest trochę biednym człowiekiem, bo opuściła go żona i od tego czasu nie mają nic innego do roboty spożywa codziennie ogromne ilości piwa i bułgarskiej ракия . Jest za to strasznie otwartym i serdecznym człowiekiem. Cieszy się bardzo, że zawitaliśmy do niego, wszystko przypisując Bogu, bo jest ortodoksem jak sam się przyznaje. Na stole stawia dla nas rakiję nalaną z 60 litrowego karnistra na benzynę ( baniak był pełny wódki ), na szybko przyrządzoną sałatkę z litrem oliwy oraz prawdziwy bułgarski syr. Rozmawiamy do późna na różne tematy przy bułgarskiej muzyce puszczonej z satelity. Piekielnie mocna Rakija szybko wchodzi do głowy, ale przecież jutro trzeba znowu ruszyć w trasę, więc przed 24 idziemy spać ( Dudek już chrapie od dawna ). Wujek Petko udostępnia nam prawie cały dom, mamy prysznic i łóżka do spania. Jutro obiecuje nam na rano ‘jajeczka’. Usypiamy szybko, przy okazji przechodzi mocna burza, potem pada cały czas.

Pomników w Austrii od groma:


Przejeżdżamy przez klimatyczne małe miasteczka:








Podstawa codziennego wyżywienia:




Wkrótce zaczynają się winnice:


Melk:


Ciągnik siodłowy z naczepą:


Kolacja u wujka Petka:


Lodówka ;)


:D



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Dzień 4 – Dwie stolice

  • DST 134.49km
  • Czas 07:33
  • VAVG 17.81km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 22 lipca 2010 | dodano: 21.08.2010

Wstajemy wcześnie rano i pędzimy na zwiedzanie Bratysławy. Spodziewałem się czegoś większego i ciekawszego, tymczasem miasto mnie nie zachwyca. Ot, małe stare miasto i trochę zabytków. Kierujemy się zatem w stronę Austrii. Przez Dunaj przeprawiamy się głównym mostem, pod którym leci droga rowerowa, świetnie zrobiona. Kolejnym celem jest odnalezienie Donauradweg, przepięknej trasy rowerowej poprowadzonej wzdłuż Dunaju.
Udaje się to już na początku Austrii. Sypiemy zatem radośnie w kierunku Wiednia, cały czas wałami Dunaju. Zaczyna grzać ostro, momentami przypomina to zeszłoroczną Grecję.
Do Wiednia dojeżdżamy około 14. Już sam wjazd do miasta robi na nas wrażenie, cudownie poprowadzona sieć dróg rowerowych, wszędzie zieleń i czystość. Wiedeń zwiedzamy około 3 godziny, objeżdżając cały Ring i zagłębiając się w stare miasto. Trafiamy na ćwiczenia policji, jeżdżą jak wariaty po całym centrum blokując co chwilę jakieś drogi i latając z ostrą bronią w kamizelkach. Na koniec do ćwiczeń dołącza się także helikopter ratowniczy dając popis pięknego lądowania w samym centrum pod katedrą.
Wyjazd z Wiednia to sama przyjemność, dobre oznakowanie dróg rowerowych pozwala ponownie trafić na radwega. Zaraz za Wiedniem szukamy noclegu, ale z nim jest ciężko, bo wszędzie są miejscowości turystyczne. W końcu udaje się nam go znaleźć w internacie dla murzynów, na dużym placu obok boiska. Wypaśny klimat, cały budynek zadymiony od różnego rodzaju używek legalno-nielegalnych :D Do tego jeszcze kąpiel pod prysznicem z gorącą wodą. Boss ośrodka, młoda dziewczyna pozwala nam bezproblemowo i oczywiście bezpłatnie rozbić się na ich terenie.
Wieczorem zaczyna wiać przeokrutnie i przeokrutnie zaczynają nas komary zjadać, więc chowamy się do namiotów i szybko zasypiamy.

Poranek na plebani:


Widok na Bratysławę i Dunaj z okolic zamku:




Zwiedzanie stolicy Słowacji:




Zamek w całej okazałości:


Donauradweg:


Upał daje się we znaki:


Drogi rowerowe przed Wiedniem:


Widok na nowe miasto :


Przejazd przez most:


Można się kąpać w Dunaju ? Można ;] :


Zwiedzamy Wiedeń, cudowne miasto:






Lądowanie:




Wszyscy razem:


Taki mały lansik :



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Dzień 3 - Stara cesta

  • DST 155.23km
  • Czas 07:36
  • VAVG 20.43km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 27.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 21 lipca 2010 | dodano: 21.08.2010

Stara Cesta na Bratysławę jest naprawdę spokojna. Dziś wiatr był dla nas łaskawy, dlatego sypiemy cały czas ponad 25 km/h. Jest płasko, więc kilometry lecą bardzo szybko. W południe robi się gorąco, postoje robimy pod Lidlem i Tesco. Podstawą wyżywienia stają się ciasteczka i krem czekoladowy Choco. W Piestanach kupujemy pomidory i zajeżdżamy nad jezioro Slnava na kąpiel i obiad. Gotujemy chyba z kilo ryżu, nikt tego zjeść nie może :D
Dalej sypiemy na Trnave. Staramy się dojechać najbliżej pod Bratysławę, żeby jutro mieć więcej czasu na zwiedzanie. Po godzinie 21 zaczyna robić się ciemno, więc we wsi Blatne szukamy noclegu. Udaje się znaleźć na parafii u księdza obok kościoła. Sam ksiądz trochę dziwny, na początku boi się nas przyjąć, ale w końcu pozwala się rozbić na równej trawce. Mamy wodę, więc po 3 dniach możemy się umyć. Na koniec dnia niespodzianka, mrówki odkrywają jakieś tajemne wejście do naszego namiotu, w wyniku czego cały staje się zamrówczony. O godzinie 23 pod plebanią trzepiemy cały namiot do góry nogami. Większość najeźdźców udaje się wypędzić, ale z niedobitkami walczymy jeszcze dwa dni ;)

Poranek na boisku:


Śniadanko pod Lidlem:


Hrad w Trencinie:




W pewnej chwili znudził nam się rower i do Włoch postanowiliśmy dolecieć prywatnych samolotem :) :


Nasze codziennie posiłki:


Zachód słońca przed Bratysławą:



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Dzień 2 – Krasna Słowacja

  • DST 118.97km
  • Czas 06:26
  • VAVG 18.49km/h
  • VMAX 78.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 20 lipca 2010 | dodano: 21.08.2010

Zaczynają się słowackie górki. Na pierwszym, sporym podjeździe spotykamy Słowaka i jego przyszłego zięcia z San Diego, którzy zafascynowani naszą wyprawą stawiają nam No Alco Złotego Bażanta. Doradzają także drogę, dzięki której ominiemy ruchliwą krajówkę. Na zjeździe z przełęczy wyciągam 78 km/h, potem w Alpach jeszcze dwa razy dobiję do tej prędkości. Cesta okazuje się przebiegać przez park narodowy Mała Fatra. Poprowadzona widowiskowo pnie się cały czas lekko pod górę, aby zakończyć się pionową ścianką, gdzie nachylenie spokojnie wynosiło 20 % ( na znaku tylko 12 % ). Męczymy się z nią troszkę, zresztą nie tylko my, bo polski autokar po prostu staje na środku nie mając mocy jechać dalej.
Zjeżdżamy już spokojniejszym zjazdem i dojeżdżamy do Żyliny, sporego miasta, w którym całkowicie się gubimy. Jedziemy chwilę autostradą, po czym skręcamy na kolejną starą cestę, równoległą do autostrady. Zaraz po zjeździe zaczyna padać, chowamy się pod wiaduktem i tam robimy sobie obiad. Pada cały czas, więc popadamy w lekki sen. Gdy przestaje, ruszamy dalej, ale po chwili znowu zaczyna lać. Jedziemy tak jeszcze około 30 km i znajdujemy ponownie nocleg na boisku. Z jednej strony jeździ nam pociąg, z drugiej leci autostrada… ;)

Pierwsze podjazdy:


Spotkanie po drodze:


Ścianka:


Mała Fatra:


Parking przed Żyliną:


Kimanko pod mostem:



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Dzień 1 - Początek

  • DST 133.55km
  • Czas 07:02
  • VAVG 18.99km/h
  • VMAX 62.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Sprzęt Merida TFS 100 V
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 19 lipca 2010 | dodano: 21.08.2010

Pierwszy dzień wyjazdu zapowiada się na pochmurny i chłodny. Wstaję o godzinie 8 i czekam na telefon od Marka, który przyjeżdża z Gdańska pociągiem. Czas mija powoli, bo nie mogę się już doczekać wyjazdu. W końcu, o godzinie 9:40 wyruszam. Rower waży 42 kg, ale nie czuć tej wagi tak mocno. Z Markiem spotykam się w Imielinie i już razem jedziemy w kierunku Słowacji. Droga przez Oświęcim, Kęty i Żywiec mija spokojnie i całkiem przyjemnie, pomimo tego, że jest zimno i pada lekka mżawka. Za Żywcem czeka nas podjazd pod pierwszą przełęcz wyprawy – Przełęcz Glinne. Już na samym początku podjazdu Marek urywa hak wyrywając przy okazji przerzutkę. No ładnie się zaczyna. Na szczęście ma zapasowy, więc jakoś montujemy wszystko w całość.
Na górze żegnamy Polskę. Zjazd nie specjalny, zimno bardzo. Jedziemy w kierunku Namestova, gdzie na krzyżówce głównych dróg mamy spotkać się z Kingą i Tomkiem. Oni jednak będą na miejscu dopiero po 22, więc jedziemy szukać miejsca na nocleg. Miejscowi wskazują nam miejsce na boisku na wsi, jest nawet dogasające ognisko, więc można się ogrzać. Po 22 dojeżdża druga część ekipy wyjazdowej. Robimy kiełbaski na ognisku i idziemy spać. Pierwszy dzień wyprawy jest już za nami.

Spotkanie pod Biedronką:


Zapora w Porąbce:


Ponure Jezioro Międzybrodzkie:


Mglisty podjazd pod przełęcz Glinne:


Pierwsza awaria:


Na przełęczy i jednocześnie granicy ze Słowacją:



Kategoria 100-200 km, Passo dello Stelvio 2010

Pakowania i wyjazdu czas

Niedziela, 18 lipca 2010 | dodano: 18.07.2010

Przyszła najwyższa pora na spakowanie się przed wyjazdem. Już wcześniej powoli kompletowałem potrzebne rzeczy, dlatego dziś trzeba było tylko wszystko upchać do sakw. Udało się to nawet całkiem dobrze, z przodu każda sakwa ma po 3 kg, z tyłu jak na razie jest 5 kg w każdej jednej. Dojdzie jeszcze woda, chleb, konserwy i trochę jedzenia zrobionego na pierwszy dzień, więc razem cały ładunek wyjdzie mniej więcej 25 kg. Czyli rower będzie ważyć 39-40 kg :))) Prawie jak czołg :)

Cały dobytek udało się upchać do 5 sakw:



Wszystko razem wygląda tak:


A tu nawet papużka, flaga i misio się załapali ;) :



Jutro około godziny 9:30 wyjeżdżam spotkać się z Markiem, który przyjedzie pociągiem. Będę starać się w miarę regularnie smsami zamieszczać na blipie krótkie informacje o trasie :)

W pierwszym dni czeka na nas przełęcz Glinne, więc będziemy mieć malutką namiastkę czekających na nas podjazdów. Później będzie w miarę płasko, aż do Alp i pierwszej poważnej trasy alpejskiej, czyli GlocknerStrasse:) Z Kingą i Dudkiem spotykamy się za Namestovem.

Pozdrawiam i do usłyszenia pod koniec sierpnia !


Kategoria Passo dello Stelvio 2010